7 czerwca 2011

The breathtaking moment at the edge of the world*

Po maturalnym szaleństwie (nazwijmy to tak , chociaż szczególnie tego wszystkiego nie odczułam w negatywny sposób) przyszedł czas na powrót do osobistej fabryki przyjemności. Miałam jednak wrażenie, że czegoś mi brakuje.

Nie chodziło tu o filmy. Znów mam na nie czas. Niestety, gdy mogę bezkarnie i seryjnie zarywać noce – telewizja nic ciekawego nie oferuje. Pomińmy jednak tą oczywistą kwestię.
Przyczyną odczuwanego braku nie były też moje ulubione zagraniczne seriale. Skądże, tych mam w sam raz (wstyd się przyznać, ale nadmiaru nie przewiduję).
Tęskniłam okropnie za książkami, które nie łączyłyby się mniej lub bardziej pośrednio z przygotowaniami do egzaminu – ale i na nie po tak długich miesiącach (i tak strasznej rozłące) przyszła pora.
Odpowiedź pojawiła się nagłe.

Między kanałem 30 a 32. Zaznaczmy, że nie jestem szczególnie entuzjastką sportów; większość transmisji doprowadza mnie do ataku nerwowego.
Ale w lot żółtej tenisowej piłeczki wpatruję się z niezwykłą zachłannością i boskim uwielbieniem.

Uwielbiam spędzać długie godziny patrząc na nadludzki wysiłek tenisistów, na połączenie siły, strategii i precyzji. Siedzę i przyglądam się, jak często w niemiłosiernym skwarze motywują się do kolejnego ruchu, do jeszcze lepszego zagrania, do wygranej.

Zawsze kibicuję jednemu z zawodników – inaczej oglądanie nie ma takiego samego smaku. Nie można podskakiwać z radości na kanapie, gdy wygrywa ważny punkt ani wściekać się, gdy zostanie pokonany przez przeciwnika. Angażuję się w to bardzo emocjonalnie, co jest w moim przypadku jest dosyć dziwne.

A już absolutnie stałym punktem jest potok łez po finałowym meczu. Zawsze, obojętnie kto wygra. Płaczę ze wzruszenia, celebruję w ten sposób ich zwycięstwo i wszystkie moje zwycięstwa – te już osiągnięte i te, które dopiero nadejdą.

Potem wstaję i wracam do swoich zajęć. Nieosiągalne zdaje się być na wyciągnięcie ręki.

Nic więc dziwnego, że mi tego brakowało. Każdy turniej to małe katharsis, wielki zastrzyk energetyczny i możliwość obcowania z… pięknem.
Niekoniecznie fizycznym.


*Grey's Anatomy se6ep17

7 komentarzy:

  1. Haha! No to sobie znalazłaś sposób na nudę :) Ja tam wolę książki xD A ze sportów tylko siatkówka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Słyszałam, że tenis to wspaniała dyscyplina sportowa. Ale ja do tej pory nie rozumiem zasad gry. Wiem tylko tyle, że trzeba odbić piłkę. Nic więcej.Zdecydowanie bardziej lubię siatkówkę i koszykówkę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zasad gry w tenisa nie znam, ale czasem też się przyglądam w telewizji, jakoś tak wciąga ;) Jednak bardziej pasjonuje mnie piłka nożna :D
    A osobiście lubię grać w kosza i piłkę ręczną, niestety sposobności ostatnio brak.

    OdpowiedzUsuń

  4. Sebastian:
    Generalnie to nigdy się nie nudzę. Zawsze mam jakieś zajęcie. Na książki, jak pisałam, także znajduję czas.

    Io:
    Zasady nie są takie aż tak skomplikowana, jak na początku może się wydawać.

    Holly:
    Mnie generalnie jakoś gry zespołowe nie wciągają. Nie lubię w nie grać - a tym bardziej oglądać.

    OdpowiedzUsuń
  5. To sobie kiedyś obejrzę jakiś mecz i potem w razie co, to zwrócę się do Ciebie z pytaniami :D Bo u mnie wśród znajomych mało ludzi obeznanych z zasadami tenisa :)

    OdpowiedzUsuń
  6. To ja nie wiem, ile czasu liczy Twoja doba ;D Mi brakuje go na wszystko :P

    OdpowiedzUsuń